Colt Root Infantry |
|
Nazwa Colt Root pochodzi nie od korzenia, z którego ponoć wykonywano jego chwyty, ale od nazwiska konstruktora. Dla firmy z Hartford skonstruował go, bowiem Elisha King Root. Nie do końca wiadomo, kiedy powstały modele noszące tę nazwę. Rewolwer Colt Root pochodzi z roku 1855, a na bębnie karabinka rewolwerowego jest wybita data 1850.
Kłopot z datowaniem broni z wytwórni Colta wynika stąd, że w latach 60. XIX w. wszelka dokumentacja została zniszczona w pożarze. Istnieją rozmaite wersje co do tego, kiedy Samuel Colt poznał Elisha Roota. Źródła francuskie podają rok 1829, inne mówią jednak o roku 1849. Jakkolwiek było, efektem tego spotkania stalą się ciekawa broń. Karabin rewolwerowy Roota był używany przez strzelców Berdana, ale też i w Powstaniu Styczniowym. Podobno duży transport tej broni zaginął gdzieś na Bałtyku. Z całą pewnością pewna ilość tych karabinów pojawiła się w Polsce. Jeden z egzemplarzy jest w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie i to właśnie ten egzemplarz posłużył jako wzorzec przy rekonstrukcji wykonanej zez Krzysztofa Rzemka na moje zlecenie.
W ubiegłym roku w ofercie Dixie Guń Works pojawiła się replika Colta Roota wyprodukowana przez Palmetto - podobno seria limitowana i bardzo nieliczna.
Na ile to prawda? Trudno zgadnąć. Jeden z egzemplarzy trafił w moje ręce celem przetestowania. Colt Root to moja ulubiona broń. Po pierwsze ma niezwykle harmonijny kształt. Przynajmniej ten z Muzeum. Po drugie kojarzy mi się z literaturą. Jako młody chłopak czytałem namiętnie powieści Karola Maya. Poniekąd uważałem go za eksperta w dziedzinie Dzikiego Zachodu. Długi czas nie przyjmowałem do wiadomości, że May nigdy nie byt w Ameryce, swoje powieści pisał w więziennej celi, w której siedział za oszustwa i nie miał bladego pojęcia o broni używanej w owym czasie. Opis sztucera Henry'ego wbił mi się w pamięć i po tylu latach jest nieistotne, że to była inna broń. Istniał Henry i według Maya to był właśnie karabin rewolwerowy. W czasie wizyty Old Shetterhanda u Henry'ego ten ostatni pokazuje kawałek metalu z wieloma otworami - to są komory do karabinu nowego systemu. Miało ich być 25, więc zapewne bęben osiągnął rozmiary co najmniej magazynka do pepeszy - ale to są nieistotne szczegóły techniczne. Dla mnie to była prawda. Oczywiście, z wiekiem mój rozum wiedział już, że nic takiego nie istniało, ale w sercu nadal kryty się młodzieńcze tęsknoty, które nagle odżyły. Właśnie Colt Root wydał mi się owym mitycznym sztucerem Henry'ego. Najpierw zamówiłem sobie rekonstrukcję,
a teraz pojawił się produkt fabryczny z Palmetto.
Pierwsze wrażenie było jednak bardzo negatywne. Wszystko wydaje się jakieś nie takie. Oczywiście moje spojrzenie na ten karabin było przesłonięte egzemplarzem z Muzeum, jedynym jaki widziałem.
Karabin Roota z Palmetto to jednak replika karabinu piechoty, natomiast muzealny jest karabinkiem kawalerii. Moim zdaniem wygląda jak sportowy z później obciętą lufą, ale skoro fachowcy twierdzą, że to broń kawalerii - więc niech i tak będzie. W każdym razie replika firmy Palmetto to jest zupełnie inny karabin. Złe drewno, kurek nie taki miał kształt, drewno pod lufą źle wyprofilowane, szkielet zupełnie inny. Kto coś takiego zrobił? I skąd wziął wzorzec?
Mimo wszystko zacząłem przeglądać dostępne zdjęcia. Okazało się, że w Rootach stosowano dwa rodzaje kurków. Szkielety też były różne. Dokładne porównanie ikonografii pokazuje, że karabin jest wbrew moim pochopnym sądom wykonany z dużym pietyzmem i że istotnie tak właśnie wyglądał Root Infantry! Informacje pochodzą głównie z książki Sharpshooter o strzelcach Berdana. Okazuje się, że oprócz Sharpsów dość powszechnie używali oni karabinów Roota i to właśnie modelu Infantry. Karabin okazał się dokładną repliką. I biję się w piersi, że nie spodziewałem się aż tak dobrego wykonania. Firma Palmetto nie cieszy się niestety najlepszą renomą. Jej broń to w większości tania masówka, niezbyt trwała. Zdaje się, że Root jest naprawdę wyjątkiem w jej ofercie. Jeśli prawdziwe są informacje o znikomej liczbie wyprodukowanych egzemplarzy, to za pewien czas stanie się rarytasem dla kolekcjonerów.
Pierwszym, co się rzuca w oczy, jest ta piękna, niebieska oksyda i doskonała gładkość części stalowych. Drewno niestety do pięt nie dorasta jakości obróbki metalu. Jest to niewątpliwie orzech, ale nie korzeniowy i to raczej pośledni gatunek. Kształt kolby jest zaskakujący - nie wiem, skąd wzięty, bo nigdzie nie widziałem takiej kolby, ale jest możliwy do przyjęcia. Jest to kształt używany w wojsku i taki mógł być. Niestety - brzydkie drewno i do tego polakierowane! Zupełnie fatalne. To jest broń na rynek amerykański i być może takie było zapotrzebowanie - wygląda jednak okropnie, ale na szczęście można to dość łatwo poprawić. Kształt jest dość prosty, więc można bez obawy deformacji lakier zdjąć, po prostu zeszlifować, a drewno nasączyć mieszaniną wosku i oleju lnianego. Na pewno wyjdzie mu to na dobre.
Kształt szkieletu i pozostałych elementów metalowych jest zgodny z pierwowzorem. Mechanizm działa lekko i bez zacięć. Oś lufy i bębna są w jednej linii, co bardzo istotne dla prawidłowego funkcjonowania. Luzy w dopuszczalnych granicach. Przyrządy celownicze zgodne z oryginałem. Mają one postać trzech płytek, a więc celownik ma trzy nastawy.
Z braku jakichkolwiek oznaczeń nie wiem, na jakie odległości - strzelałem na 50 i 100 m, ale z najniższej płytki. W obu przypadkach celowałem pod punkt i trafiałem w tarczę. Wysokość sugeruje, że następne płytki będą na 200 i 400 m, ale osobiście wątpię, żeby strzelanie kulistym pociskiem na taką odległość było możliwe. Pocisk ostrołukowy musiałby mieć 20-25 mm długości. Skoro głębokość komory bębna wynosi 47 mm, to za tak długim pociskiem weszłoby do 65 granów prochu. To może być nieco za mało na tak dużą odległość.
Zresztą i tak trudno to zweryfikować, bo w Polsce nikt poza wojskiem nie ma strzelnic o tak długich osiach. Jest to niewątpliwie „zasługa" LOK-u z lat 50., kiedy to najwyższe władze uznały że jedyny dystans to jest 25 m dla pistoletu i 50 m dla karabinu i zaczęto niszczyć strzelnice o dłuższych osiach. Efekty widać do dziś. Strzelnica o osi 100 m uchodzi za bardzo długą. Tak czy inaczej testowałem broń na dystansie 50 i 100 m. Do testów użyłem pocisków.45-70,.45ACP i Conical. .45-70 okazały się za grube - ich kaliber wynosi .459 i wchodzą do bębna bardzo ciasno, przy czym, niestety, odkształcają się. Trzeba by je przekalibrować na .454. Zmierzyłem tylko prędkość wylotową przy maksymalnej naważce, która jeszcze się zmieściła w bębnie, czyli ok. 3 gramów. Prędkość była na poziomie 290 m/s., czyli całkiem przyzwoita. Być może po przekalibrowaniu pociski byłyby też celne. Z innymi pociskami i naważką 2,5 g prędkość wahała się od 380 do 400 m/s, czyli sięgała maksimum tego, do czego zdolne są pociski bez płaszcza. Przy tych prędkościach ołów zaczyna się topić w lufie od tarcia. Skok gwintu (38", czyli 965 mm) sugeruje, że powinien to być pocisk o długości 20 mm. Próby wskazują, że ani pociski.45 ACP, ani Conical nie są dobrą amunicją do tego karabinu. Najlepsze wyniki uzyskałem, strzelając kulą okrągłą kalibru .454. Jako przybitki używałem jak zwykle kaszy manny.
Skupienie na 100 m jest rzędu 150-200 mm - bardzo dobry wynik. Na 50 m używałem 2,5 g prochu, około 3 g na 100 m, co dawało prędkość wylotową w przedziale od 380 do 396 m/s. Wychodzi na to, że karabin - o dziwo - nadaje się do strzelania do tarczy na 50 i 100 m. Odrzut jest niewielki, za to spust twardy jak rzadko. Dziewczyna, która chciała strzelić w końcu zrezygnowała. Twierdziła, że nie jest w stanie strzelić. Do tego ząb zabezpieczający nie jest pewny. Naciskając na spust mocno (znaczy - jeszcze mocniej, niż normalnie) można strzelić. Broń w takim stanie wymaga interwencji rusznikarza. To nie jest jakaś wielka naprawa, ale dla bezpieczeństwa trzeba ją wykonać. Sam strzał nie należy do nadzwyczajnych przyjemności, za sprawą przedmuchów między bębnem a lufą. Należy bezwzględnie osłonić oczy okularami, a i chustka na twarzy (albo nawet maska szlifierska) nie będzie od rzeczy. Bez rękawicy na lewej dłoni się nie obejdzie - i absolutnie nie prawdopodobieństwo jednoczesnego odpalenia z dwóch komór wynosi nieomal zero - ale nadal jest to tylko „nieomal". W razie trzymania ręki przed bębnem taki wystrzał skończy się, co najmniej bardzo poważną kontuzją, a w krańcowych przypadkach nawet utratą dłoni lub palców. Zatem lewa dłoń musi podpierać okolice spustu - a tam czyha na nią przedmuch i aby uniknąć poparzenia, trzeba użyć rękawicy. Twarz najlepiej osłonić całą - trochę duszno, ale daje się strzelać i strzelec nie musi się obawiać broni. Strzelanie daje dużą satysfakcje. Głównie dlatego, że broń jest celna a mechanizmy pracują precyzyjnie. Nie ma problemu resztek kapiszona wpadających do mechanizmu. Jest on doskonale odizolowany od bębna i szczeliny przy lufie. Dzięki temu nie brudzi się w czasie strzelania. Demontaż bębna jest banalny.
Czyszczenie bardzo łatwe, a poza tym ten karabin naprawdę bardzo mało się brudzi. Można powiedzieć, że po dokonaniu kilku niewielkich poprawek będzie to broń zgodna z historią, a do tego celna. Właściciel tego cacka będzie miał dużą satysfakcję na zawodach. Po pierwsze będzie miał broń nietuzinkową i do tego celną. A jeśli czytał w młodości Karola Maya, to będzie się mógł poczuć jak Old Shetterhand. W końcu to strzelanie z broni czarnoprochowej ma na celu ożywienie historii - i nieważne, że w tym przypadku historii nie do końca prawdziwej.
Marek Pokulniewicz |









