Karabin na bizony |
|
Koniec października, początek listopada. Czekam i czekam... Przesyłka wyszła, a ciągle jej nie ma. Może dlatego, że to pierwszy listopada? W końcu jest! Natychmiast pojechałem zobaczyć, co mi przysłali. Jest to piękny karabin firmy Armi Sport model Sharps Sporting kalibru .54. Lufa o długości 32 cali (812,8 mm). Kolba z orzecha napuszczona olejem - żaden tam tandetny lakier. Pierwsze oględziny: wykonanie znakomite, wręcz perfekcyjne. Oksyda mogłaby być bardziej stylowa - wolałbym w odcieniu brązu, ale jest, jaka jest. czarna też może być.
Wziąłem suwmiarkę i pomierzyłem głębokość gwintu. Często repliki mają bardzo płytkie gwinty, a to w końcu powinny być lufy do pocisków ołowianych. Do pomiaru dokładnego jest potrzebny kawałek ołowiu o średnicy nieco większej niż kaliber, młotek i jakiś popychacz. Najłatwiej przecisnąć ten ołów przez lufę i wtedy wygodnie można zmierzyć głębokość pól i bruzd. Sposób jest dobry, ale w odniesieniu do luf przelotowych. Warto o tym pamiętać i nie wbijać, ołowiu do lufy zaślepionej korkiem - mogą być problemy z wyjęciem (a co gorsze cały pomiar będzie do niczego). Ale tutaj nie było takiego problemu. Zmierzyłem - w bruzdach jest 13,80 mm w polach 13,30 mm. Wysokość gwintu 0,25 mm zatem wystarczająca. Skok gwintu 1/48" czyli jeden obrót na 48 cali (około 1220 mm). Dla tego kalibru jest to bardzo dobry skok. Czyli teoretycznie wszystko w porządku.
Co to jest ten Sharps? Christian Sharps urodził się w 1810 roku. W latach 1830 do 1840 pracował w rządowej fabryce broni w Harpers Ferry (USA) pod kierunkiem Johna H. Hala. W roku 1848 otrzymał patent na swój karabin odtylcowy z nabojami w papierowej łusce. Karabin byt w dwóch wersjach. Początkowo na kapiszony w miseczkach metalowych, a potem na taśmę papierową. Taką samą jak się obecnie spotyka (może raczej - spotykało) w zabawkach. Każde napięcie kurka przesuwało taśmę o jedną pozycję. Właściwie nie wiadomo do końca, która z konstrukcji była wcześniejsza. Wielki znawca broni Roman Matuszewski w swej książce „Muszkiety, arkebuzy, karabiny" twierdzi, że na taśmę papierową. Natomiast Seweryn Bidziński uważa, że początkowo na duże kapiszony ze skrzydełkami, a jak się okazało, że nawet tak duże kapiszony są niewygodne dla żołnierzy - na taśmę papierową. Taśmę papierową z naniesionymi grudkami masy inicjującej opatentował dr Edward Maynard -stomatolog. Jest ona gumowana, zatem wodoszczelna. Kółko zębate przesuwa ją po każdym napięciu kurka, pozostaje tylko naciskać spust. Tym niemniej wydaje się, że bardziej popularne były karabiny systemu Sharps na zwykle kapiszony.
W tylnej części lufy konstruktor umieścił blok metalowy z gilotyną. Osłona spustu pracuje jak dźwignia - przesuwa blok do dołu. Wkłada się nabój w papierowej łusce. Ruch zamka do góry powoduje odcięcie części łuski. Odpalenie kapiszona powoduje zapłon Papier w łuskach był „nitrowany", czyli moczony w roztworze saletry potasowej, dzięki czemu spala się w czasie strzału. Wkładamy nabój, kapiszon i strzał! Powstał karabin szybkostrzelny. Ta szybkostrzelność ma swoją ciemną stronę. Wielkie stada bizonów zostały wystrzelane głównie z tych właśnie karabinów. W czasie Wojny Secesyjnej też odniosły wielkie sukcesy. Oddziały żołnierzy uzbrojonych tę broń były nazywane „sharpshooters". Dodatkowa gra słów, bo „ostry strzelec" (sharp - ostry, shooter - strzelec) to po angielsku „strzelec wyborowy". Pierwsze egzemplarze tego karabinu powstały w 1849 i 1850 roku, w ilości 150 sztuk. Dla nas w Polsce jest to bardzo ważne - mamy przełomową datę 1850 rok. Broń wytworzona do roku 1850 oraz jej repliki nie wymagają pozwolenia. Pierwsza seria karabinów została wyprodukowana przez Daniela Nippesa. Od roku 1851 Sharps produkował karabiny w swojej wytworni w Hartford. Broń była produkowana bez większych zmian do roku 1863. Stąd też poszczególne modele noszą łatę 1853, 1859 czy 1863. Należy pamiętać, że zmiany w stosunku do pierwowzoru były kosmetyczne. Otrzymałem, zatem piękną i ciekawą broń. Ale nie ma róży bez kolców. Nie dostałem szczypiec do lania kul . Nie dostałem też żadnej instrukcji obsługi. Wcześniej szczęśliwie miałem kontakt z taką bronią, więc też jakieś pojęcie jak tego używać. Zrobiłem sobie przyrząd do robienia nabojów.
Czyli patyk drewniany, na który nawijam trzy warstwy papieru , następnie sklejam koniec za pomocą kleju biurowego. Potem zakończenie łuski „na zakładkę" i papierowa tulejka gotowa. Pierwsze naboje zrobiłem z bibułki papierosowej. Kiedyś zdobyłem nieco takiego papieru w arkuszach. Kokile pożyczyłem od kolegi, który ma identyczny model karabinu, tyle że firmy Pedersoli. Przy okazji porównałem obie repliki. Nie ma różnic w jakości wykonania. Lufy też bardzo podobne, zarówno pod względem głębokości gwintu jak i skrętu. Mnie się bardziej podoba oksyda Pedersoli (pisałem już na początku artykułu że wolę kakaową oksydę). Porównaliśmy też wymiary - nieomal można części stosować zamiennie. Zrobiłem kilkanaście nabojów. Nieco sobie uprościłem proces. Kiedyś tę papierową rurkę wiązano do pocisku. Ja je przykleiłem klejem cyjanoakrylowym. Nasypałem 6,5 grama prochu - tyle się mieści. Jeszcze nie miałem pomysłu co zrobić, żeby nie sypać tak dużo prochu. Nasypałem do kilku nieco kaszy manny jako sypką przybitkę. Około 2 gramów i resztę wypełniłem prochem. Zawinąłem końce i... olśnienie! Po co ja to robię? Przecież mogę włożyć pocisk do komory i nasypać potem prochu bez tej tulejki! Genialny pomysł - tak sobie pomyślałem i skończyłem produkcję amunicji. Następnego dnia na strzelnicę. Włożyłem te naboje, które miałem - strzela nieco za nisko i na prawo, ale to nie jest na razie ważne. Skupienie niezłe. Strzelałem na 50 m. Skończyła się ta amunicja w papierze, więc nasypałem tak, jak wymyśliłem poprzedniego dnia. O rany! W nic nie trafiam! Nie mogłem trafić w tarczę.
Zbyt duży ładunek prochu. Przy okazji odkryłem że komora nabojowa jest chyba popsuta. Jakaś dziwna tuleja zupełnie luźna.
Coś sknocili „na fabryce"! Źle strzela, do tego coś lata luźno w lufie. Na szczęście zakleiło się resztkami prochu. Nie mogę otworzyć zamka! Na raty jakoś się udało. Przedmuch na lewą rękę - cały pasek od zegarka czarny. Coś zupełnie do niczego ten Sharps! Kolega obok wydal autorytatywną opinię, że ruina straszna, pieniądze wyrzucone i on tego do ręki nie weźmie. No i dobrze, to nie jego karabin, niech nie bierze. Wróciłem do domu i usiadłem do Internetu. Przejrzałem masę stron. Niestety, Internet to jest głównie komercja - mogą mi sprzedać jeszcze kilka Sharpsów w różnych wersjach i cenach, ale jak tego używać - nie bardzo. W końcu dotarłem do kolegów, którzy z tego strzelają. Ta tuleja ma być ruchoma. Gazy prochowe przesuwają ją w kierunku zamka i w ten sposób uszczelniają całość. Gilotyna, która odcina łuskę papierową ma też szczególny kształt i jest mocowana na lekki wcisk. Tam jest komora (widać to na zdjęciu), która też powoduje dociśnięcie. Trzeba dbać w czasie strzelania, żeby obie części były ruchome. Firmy sprzedają nawet odpowiednie narzędzia do uruchamiania tulei. Mi takie narzędzie dorobi) kolega. Dowiedziałem się, że sypanie 6 gramów prochu nie bardzo ma sens. Najlepsze wyniki można osiągnąć stosując 3-4 gramy. Żeby nie powstawała pusta przestrzeń należy stosować przybitki, najlepiej z grysiku. Ja stosuję kaszę manną. Więc od początku. Zrobiłem naboje z 3,7 grama prochu. Reszta to kaszka manna. Wprowadziłem pewną modyfikację. Nie łączyłem naboju z łuską. Ładuję jak armatę - najpierw pocisk, potem ładunek prochu. Znów wybrałem się na strzelnicę. Nie powiem, żeby mi to sprawiało jakąś przykrość, lubię jeździć na strzelnicę. Wybrałem się tym razem do Rembertowa na osie 100 m. Podparłem karabin na worku z piaskiem i zacząłem testowanie. Skupienie rewelacyjne! Na 100 m mniej niż 80 mm. Na 50 m - przestrzelina 10x15 mm, a strzałów więcej niż dziesięć. To z podparcia. Co kilka strzałów uruchamiałem tuleję w komorze nabojowej, ale mimo to pod koniec strzelania znów pojawiły się przedmuchy. Na koniec pomierzyłem szybkości wylotowe pocisków. Osiągnąłem prędkości V3 (3 m od wylotu lufy) między 270 a 290 m/sek., co przy pocisku 540 grainowym daje dość pokaźną energię (ok. 1400 J). Można powiedzieć, że zacząłem być zadowolony z karabinu. Co prawda nadal strzelał zbyt nisko i na prawo, ale to poprawiłem od ręki z pomocą młotka i kawałka aluminium. Niestety, to prawda. Przyrządy celownicze, które dostarcza firma wraz z karabinem na pewno się do czegoś nadają. Nie nadają się do celowania i sprawdzałem że bardzo trudno się nimi uczesać. Ale nie sprawdzałem innych zastosowań np. dłubanie w zębach. To trzeba będzie zmienić koniecznie. Przeziernik to jest to. Albo lepiej luneta z epoki. Są produkowane piękne lunety z mosiądzu o długości 90 cm o niewielkiej średnicy.
Mają powiększenie 4 razy przy świetle 15. A karabin z taką lunetą wygląda po prostu wspaniale. Sądząc po testach - broń nie do pokonania na zawodach. Tyle że cena tych lunet jest bezbożna. 800 euro.... Przeziernik jest tańszy i będzie też dobry. Wykonałem jeszcze jeden test. Zrobiłem kilkadziesiąt nabojów z naważką 3,7 grama i wybrałem się znów na strzelnicę. Tym razem dystans 50 m, pozycja stojąc. Co się rzuca w oczy, to znakomite wyważenie broni. Dawno nie miałem tak dobrze leżącego w ręku karabinu. Dość dużo waży ale dzięki temu odrzut jest mniej odczuwalny. Strzał jest cichy. Długa lufa, znakomite rozłożenie masy. Do tego wypolerowałem powierzchnie tu-lei i gilotyny. Bez przedmuchów! Komfort strzelania też wpływa na celność. Wynik bardzo dobry. Jeśli powtórzę taki wynik na zawodach, to mam je wygrane bez żadnych problemów.
Chciałbym zrobić podsumowanie zalet i wad. Zacznę od zalet. Bardzo dobre wykonanie. Drewno ładne i ładnie wykończone. Doskonałe wyważenie. Duża celność. W końcu nie miałem zbyt wiele czasu na testy, ale wyniki są więcej niż zachęcające.
Wady. Przyrządy celownicze. Za taką cenę mogłoby to być coś więcej niż prymitywny celownik, który ma luzy, w dodatku śrubka blokująca miała zerwany gwint (!). Trzeba nieco pracy włożyć w wypolerowanie powierzchni. Do tego długa droga iskry, są kłopoty z zapłonem. Kapiszony Dynamit Nobel - dużo z nich nie odpaliło ładunku. Może są jakieś mocniejsze. Są też sprzedawane do tych karabinów tuleje mosiężne. Niby prostsze ładowanie, ale są problemy zapłonem. Nie polecam -wyrzucone pieniądze. Najlepsze będą łuski papierowe. Niekoniecznie z papieru namoczonego w saletrze. Są nawet opinie, że mniej się brudzi lufa, jeśli to jest zwykły papier. Pociski dobrze jest posmarować, w ostateczności nawet towotem. Tak przygotowane naboje nie powodują zbytniego brudzenia lufy.
Ważne jest, żeby dawać taka samą naważkę. Koledzy ze Śląska stosują na końcu naboju cienką bibułkę i nie odcinają łuski. Iskra przepala bibułkę. Dzięki takiemu rozwiązaniu mają zawsze taką samą naważkę. Muszę spróbować tego sposobu. Do czyszczenia używałem specyfiku marki Brunox, dobrze spłukuje resztki prochu. Trzeba powiedzieć, że mechanizmy nie brudzą się wcale. Czyszczenie trwa dzięki temu bardzo krótko. Po wyjęciu bloku zamka należy wykręcić oba kominki, zdjąć gilotynę i wykręcić śrubę, która umożliwi dostęp do kanału między kominkiem a komorą nabojową. To trzeba dokładnie wyczyścić. Najpierw woda z detergentem, a potem Brunox. Nie należy przesadzać z oliwieniem. Będą problemy z odpaleniem pierwszego ładunku. Jest to znakomity karabin tyle, że bardzo drogi. Za te pieniądze producent powinien dawać przeziernik albo jakieś bardziej sensowne przyrządy celownicze. Ale ogólnie jestem zadowolony z tej broni. Myślę, że Sharps może wygrywać zawody. Co więcej jest to karabin odtylcowy i szybkostrzelny. Nie warto kupować zestawu do robienia nabojów, bo można zrobić go we własnym zakresie, nie wydając 40 euro. Papier można nasączać saletrą, ale nie jest to konieczne. Mam nadzieję, że niebawem będę mógł napisać więcej uwag o tej pięknej i ciekawej broni. Dzięki uprzejmości kolegi z Cieszyna mam kilka dodatkowych uwag odnośnie nabojów papierowych do karabinu Sharps. Należy wykonać wałeczek z drewna lub czegokolwiek, byle był on gładki, o średnicy 13,6 mm i długości 150 mm. Na nim nawijamy 2 warstwy papieru - zupełnie zwykłego papieru, takiego jakiego się używa do pakowania (ale nie szarego, tylko białego). Należy nawinąć dwie warstwy i skleić na szerokości 5 mm. Zsunąć lekko i zamknąć koniec. Po zaklejeniu wyciąć otwór o średnicy około 5 mm. Następnie zalepić otwór cienką bibułką. Może być papier z serwetek, może być bibułka do papierosów. Następnie należy nasypać od 3 do 3,5 grama prochu. Ubić i nałożyć kartonik. Na to nasypać kaszy mannej tyle, żeby otrzymać właściwą długość naboju. Po włożeniu pocisku gilotyna ma nie odcinać końca naboju, ale jednocześnie nie może być luzu. To trzeba sobie zmierzyć. U kolegi Wojtka, którego przepis cytuję, jest 45 mm - u mnie jest 47 mm. Widać zależy to od firmy, która robi replikę. Teraz trzeba wcisnąć sam pocisk. Powstaje bardzo ładny i bardzo dobry nabój. Iskra przepala cienka bibułkę, nie ma problemów z odpaleniem. Rozrzut na 50 m jest zaskakujący, powstaje właściwie jeden otwór, tak wykonywana amunicja powstała dość późno. To, co zostało zaprezentowane przez Sharpsa jako nabój i zostało opatentowane jest bardzo niecelne. Pociski potrafią latać bokiem! jeszcze jedna uwaga: nie należy stosować papieru nitrowanego, czyli moczonego w saletrze, bo strasznie brudzi lufę. Po oddaniu 20 strzałów z takich nabojów miałem wrażenie, że nigdy lufy nie doczyszczę. Zwykły papier na ogół znika z komory. Częściowo się spala, częściowo wylatuje wraz z pociskiem. Chcę podziękować Wojtkowi Jasiokowi z Bractwa kurkowego z Cieszyna. Dzięki jego pomocy udało mi się wreszcie opanować proces wytwarzania amunicji do Sharpsa.
Marek Pokulniewicz grudzień 2004 r |







