Broń CP
Broń CP

Reklama

Odlewanie kul II
Strona w budowie - test
 

Odlewanie kul II

Drukuj Email

 

     Jedną z przyjemności związanych ze strzelectwem czarnoprochowym jest odlewanie kul. Ta prosta czynność jest bardzo satysfakcjonująca i przynosi wymierne korzyści ekonomiczne w postaci zaoszczędzonych pieniędzy, które wydajemy na zakup pocisków czy kul. Dodatkowym atutem jest nabywanie umiejętności, o których do tej pory czytaliśmy w powieściach przygodowych. Kule wykonane tym sposobem są wcale nie gorsze od kupowanych a częstokroć je przewyższają jakością. Jest to też pole do popisu dla osób, które chciałyby wycisnąć ze swej broni wszystko w dziedzinie celności. Z pewnością widok własnoręcznie odlanych, błyszczących kul chwyta za serce każdego strzelca.

Jak się do tego zabrać?  Na początek musimy skompletować zestaw niezbędnych narzędzi. Potrzebne nam będzie ołów, kociołek do roztopienia ołowiu, kulolejka, chochla (najlepiej z dziubkiem) do wlewania ołowiu no i oczywiście źródło ognia. Wysoce wskazane jest także zaopatrzyć się w okulary ochronne (ołów pryska!) i grube spawalnicze rękawice.

Ołów którego używamy do odlewania pocisków i kul powinien być w miarę czysty. Nadaje się do tego celu ołów z ciężarków do wyważania kół, linotypów czy izolacja kabli telekomunikacyjnych. Raczej nie powinno się stosować ołowiu ze starych akumulatorów ze względu na zanieczyszczenie środowiska jak i niebezpieczne opary kwasu, które ulatniałyby się podczas wytapiania. Do ołowiu warto dodać trochę cyny w proporcji 1/10 aby podnieść twardość stopu i nadać wyrobom piękny srebrzysty blask. Cynę można zakupić w sklepach metalotechnicznych w grubych laskach.

 Przygotowanie miejsca pracy

Odlewanie musimy przeprowadzić w miejscu suchym i z dobrą wentylacją. Często podczas wytapiania ołowiu spalają się różne zanieczyszczenia, których smród potrafi naprawdę zniechęcić do dalszej pracy. Smrodliwa jest zwłaszcza izolacja od kabli telekomunikacyjnych. Wprawdzie po spaleniu się zanieczyszczeń i roztopieniu ołowiu dalszy proces technologiczny jest praktycznie bezwonny jednak trzeba mieć wzgląd na opary ołowiu, które raczej zdrowe nie są.

 

 

 

Ważne jest aby w pobliżu nie było materiałów łatwopalnych. No i niezbędna jest apteczka. Na wszelki wypadek...

Wszystkie nasze zabawki rozkładamy na prostym i solidnym podłożu. Obok umieszczamy kuwetę bądź miskę z niepalnego materiału wypełnioną wodą. Na dno układamy kilkukrotnie złożoną szmatkę bawełnianą. Do pojemniczka tego będziemy wrzucać odlane kule.

Potrzebne nam teraz jest źródło ognia. W sklepach można kupić specjalne rondelki indukcyjne do podgrzewania ołowiu za ciężkie dolary. Wprawdzie są one ładne, czyste i mają nawet regulację temperatury ale nie to tygrysy lubią najbardziej. Ja stosuję turystyczną kuchenkę gazową. Mogę na niej w ciągu kilkunastu minut roztopić 5 kg ołowiu. Nie kopci i nie dymi a przy tym jest tania w eksploatacji. Regulując wysokość płomienia mogę regulować temperaturę ołowiu. Oczywiście prawdziwi twardziele rozpalą ognisko. Ja też tak robiłem na początku jednak ma to pewne wady. Przede wszystkim ognisko musi być dobrze wypalone i zawierać dużo żaru. Musimy w nim postawić kociołek z ołowiem więc musi to być stabilne podłoże. Taki kociołek waży !  Raczej nie chcemy aby w wyniku przepalenia się gałęzi nasz kociołek przewrócił się a ołów wylał do ogniska. Niestety podczas spalania drewna na powierzchni ołowiu zbiera się sporo śmiecia w postaci kożucha jak na mleku. Trzeba go od czasu do czasu zbierać chochelką i wylewać. Nieprzyjemny też jest żar bijący od ognia i trzeba uważać na ręce ,które przecież tam wkładamy.

No dobra ,mamy ołów w kociołku ,kociołek na ogniu ,gogle na oczach a więc...

 ...zaczynamy...


 

 

 Na początku musimy poczekać aż nasz ołów się roztopi i wypalą się różne zanieczyszczenia. Zazwyczaj trwa to około kilkunastu minut. W międzyczasie zajmijmy się kulolejką czyli formą do kul. Najczęściej ma formę wymiennego bloku stalowego lub aluminiowego z uchwytami. Są też kulolejki starego typu wykonane jak szczypce z jednego kawałka metalu. Uchwyt takiej kulolejki polecam owinąć rzemieniem aby nie przewodził gorąca.


Najpopularniejsze kulolejki to produkty firm Lyman i Lee Precision. Osobiście posiadam dwie kulolejki tej drugiej firmy i jestem z nich bardzo zadowolony.

 

 

Zwykłą świeczka okadzamy wnętrze kulolejki aby pokryło się sadzą. Zapewni to potem bezproblemowe oddzielanie się pocisku od formy. Zamieszajmy chochelką w rondelku aby sprawdzić czy ołów posiada odpowiednia temperaturę. Ołów powinien być ciekły jak woda i nie stygnąć na brzegach kociołka. Właściwa temperatura ołowiu ma ogromne znaczenie dla jakości naszych kul. Ołów zbyt chłodny wprawdzie będzie wlewał się do formy ale będzie stygł zbyt szybko w kontakcie z formą i zastygał tworząc nierównomierne warstwy. Przy odpowiedniej temperaturze ołów zastyga dopiero po kilku sekundach dając jednorodną, gładką powierzchnię. Po roztopieniu ołowiu nabieramy go chochelką z kociołka a następnie wlewamy do formy. Najlepiej robić to nad kociołkiem aby nadmiar ołowiu bez przeszkód spływał do kociołka. Pierwsze kilka kul będzie zdeformowanych ponieważ forma jest jeszcze zimna. Wrzucamy je z powrotem do kociołka a forma po kilku próbach nabierze odpowiedniej temperatury

 

 

Nabieramy ponownie ołowiu i zdecydowanym ruchem zalewamy formę. Odczekujemy kilka sekund i gdy stop zmatowieje co oznacza że zastygł możemy otworzyć formę i wytrząsnąć kule do kuwety z wodą. W kuwecie nasz odlew ostygnie w przeciągu kilkunastu sekund.

Większość kulelejek posiada gilotynę odcinającą nadmiar ołowiu. Nie musimy się wtedy przejmować czy nalejemy za dużo lecz po prostu wlewamy do oporu aż nadmiar zacznie spływać i po ostygnięciu zdecydowanym ruchem pociągamy za gilotynę odcinając nadmiar. Jeżeli ołów zastygnie nam na formie wystarczy zerwać zastygły ołów. Otwieramy formę i wytrząsamy kulę. Czasami kula może nie wypaść samoistnie ,wtedy trzeba lekko puknąć np.drewnianym klockiem w formę. Przestrzegam przed próbą wyjęcia czy dotykania kuli ręką. Jest bardzo gorąca i można dotkliwie się poparzyć.

Opanowanie całego procesu nie powinno być trudne. Ważne aby pamiętać o właściwej temperaturze ołowiu i kulolejki. Zbyt zimny ołów i kulolejka spowodują złe odlewy i zniechęcenie. Po kilkunastu odlewach nabierzemy wprawy i całość będzie wykonywana mechanicznie. Ja w przeciągu dwóch, trzech godzin odlewam około dwustu kul i stu pocisków Real. W trakcie odlewania kul mogą nam pojawiać się zanieczyszczenia i tlenki ołowiu na powierzchni więc gdy uzbiera się grubszy kożuch zbieramy je z powierzchni i wyrzucamy.

Oczywiście podczas odlewania kul nie można zapominać o bezpieczeństwie. Ołów, który spada z formy do rondelka potrafi chlapnąć dosyć wysoko więc trzeba uważać a najlepiej stosować okulary ochronne. Nie dotykamy kul świeżo odlanych lecz dopiero po ostygnięciu w wodzie możemy odkładać na bok. Po odlaniu zestawu warto pokryć kule Balistolem lub innym środkiem np. WD-40.

 Efekty...

Jak wiadomo praktyka czyni mistrza. Ja pierwsze dwadzieścia pocisków odlewałem godzinę. Wychodziły nierówne ,z warstwami zastygłego ołowiu, niedolane bo starałem się nie przelać. Kociołek odstawiałem przy każdym odlewaniu z ognia wskutek czego bardzo szybko stygł i po kilku odlanych pociskach musiałem go podgrzewać.

 

 

Przy okazji poparzyłem się. Pociski odkładałem na deskę i chcąc obejrzeć sobie jeden zdjąłem rękawicę ponieważ nie mogłem go chwycić i wziąłem w palce. Okazało się, że w powietrzu ołów stygnie bardzo powoli i nawet po kilku minutach jest w stanie poparzyć. Dziś już wiem że należy nie odstawiać kociołka ,odlewać bezpośrednio nad nim a pociski wytrząsać na ścierkę zanurzoną w wodzie w wodzie.

 

 

Kule ,które odlewam mają gładziutką powierzchnię z ledwie widocznym łączeniem. Ich jakość może śmiało konkurować z wyrobami kupowanymi w sklepie a nawet przewyższa te które widziałem.

Sporo satysfakcji sprawia widok równiutkiego rzędy błyszczących kul odlanych własnoręcznie, których nie powstydziłby się nawet sam Winetou.

 

 

Opracowanie: Sebastian