Karabin Sharpsa od strony praktycznej |
|
Legendami Dzikiego Zachodu stały się karabin Winchester i rewolwer Colt Peacemaker, spychając w cień Spencera, Henry'ego czy S&W. Są to niewątpliwe legendy, ale filmowe, bo była to broń łatwa w użyciu, którą daje się szybko ładować. Nawet słabemu znawcy tematu trudno przełknąć film o Alamo, w którym strzela się rewolwerów Remingtona, a karabiny z grubsza przypominają karabin francuski wzór 1777. Filmowi herosi ładują swoje odprzodówki z rogu - trochę prochu, rzut oka we wnętrze lufy i jeszcze trochę. To jest rzeczywistość filmowa, która z prawdą nie ma wiele wspólnego. Prawdziwą legendą Dzikiego Zachodu nie był kosmicznie drogi Winchester. Jakie go pastucha,(jakim w istocie był kowboj) stać było na kupienie karabinu za, bagatela, 200 dolarów? Nie wspomnę o trudnościach zaopatrzeniowych, czyli skąd brać amunicję zespoloną na prerii? I tutaj pojawia się Sharps, z punktu widzenia zaopatrzenia na prerii karabin wspaniały. Broń piękna w kształcie, jeszcze nieskażona żadną historią. To też była z początku broń droga, ale bardzo skuteczna. Donośność karabinu w kalibrze 54 jest imponująca. Strzelano z niego na dystansie mili a więc dobrze ponad półtora kilometra! Można sobie wyobrazić taką scenę: banda uciekających rzezimieszków widzi w oddali ledwie majaczącą postać jeźdźca. Ścigający zsiada z konia, składa się do strzału Widać dym... Budzi to wesołość - przecież nie można strzelać na takim dystansie! Za 7 sekund jeden ze śmiejących się pada na ziemię.
Pocisk z Sharpsa jest wolny - leci wolniej niż 300 m/sek. Na takim dystansie należy się liczyć z przewyższeniem rzędu 15 metrów! Indianie, którzy byli ostrzeliwani z tego karabinu twierdzili, że z niego strzela się dziś a trafia jutro. Oczywiście to jest ta niechlubna historia Sharpsa. W czasie Wojny Secesyjnej rząd Stanów Zjednoczonych zakupił dużą ilość tych karabinów. Początkowo kapiszonowych, później na amunicje zespoloną. Odegrały one bardzo ważną rolę w tej wojnie i jak się okazuje po wojnie również. Pojawienie się nabojów scalonych w łusce metalowej z dnia na dzień uczyniło kapiszonowy karabin Sharpsa bronią przestarzałą i zwycięski rząd Unii zaczął wyprzedawać jej zapasy po pięć dolarów za sztukę! Doskonałe karabiny za taki pieniądz (nawet, jeśli ta suma stanowiła wówczas dwutygodniową pensję za ciężką harówkę) to okazja nie do pogardzenia i to właśnie ta broń wyruszyła z kowbojami na podbój Dzikiego Zachodu. Chciałbym się podzielić spostrzeżeniami odnośnie replik karabinu Sharps. Kupiłem jakiś czas temu broń wytworzoną przez firmę Armi Sport. Był to zakup przypadkowy. Chciałem Sharpsa i taki wpadł mi w ręce. Trochę na zasadzie, że jeśli jest drogi to powinien być dobry. Pierwsze strzelanie to była tragedia. Nie trafiałem w tarczę. Nie wiadomo gdzie trafiałem! Wyglądało to na zupełnie popsutą broń. Teraz, kiedy już ją poznałem, na dystansie 100 metrów trafiam zawsze w tarczę, a często w czarne pole. Oczywiście mówię o strzelaniu stojąc, bez podparcia. Bo z imadła rozrzut jest rzędu 50 mm na 100 m. Dlaczego aż tak duża różnica? O tym właśnie będzie ten artykuł. Jak spowodować żeby Sharps trafiał tam, gdzie chce strzelec. Repliki tej broni są produkowane przez kilka firm na świecie. Robi je Pedersoli, Armi Sport i IAB. To są te popularne, o cenach jeszcze do przyjęcia przez nas. Są też produkowane w USA w firmie Shiloh na zamówienie, ale czeka się na nie rok i kosztują zdecydowanie więcej. Miałem szczęście obejrzeć produkty wszystkich firm. Zaczyna się od kalibru. Są produkowane w kalibrach .45 i .54. Oglądałem te w kalibrze.54 i na nim się skupię. Po pierwsze jest to kaliber, który był pierwotnie stosowany. Sześć bruzd, skręt 1/48" i głębokość ok. 0,15 mm. Pierwsze spostrzeżenia. Producenci replik twierdzą że są to karabiny w kalibrze.54 - ale okazuje się, że to nieprawda. IAB oraz Pedersoli robią lufy kalibru.52 i tylko nazywają go .54. Wynika to z różnicy metody pomiaru. Oni mierzą w bruzdach, a Armi Sport w polach, tak jak się powinno. Kula przeznaczona do lufy Pedersoli w kalibrze Niby to .54, w karabinie Armi Sport przelatuje luźno przez lufę. Wiąże się to z pewnymi konsekwencjami. Cęgi do kuł kupione w firmie Pedersoli nie będą odpowiednie do Armi Sport i na odwrót. Zęby uniknąć problemów, należy zwrócić uwagę jaką broń kupiliśmy. IAB też ma kaliber.52 mimo że napisane na nim jest .54. Jak ocenić stan karabinu? Na zdjęciu jest pokazana wysunięta tuleja.
Nie każdy karabin ma tę tuleję ruchomą. Ruchoma jest na pewno w Armi Sport. W Pedersoli w tańszych modelach jest to tuleja stała, w droższych ruchoma. IAB ma tuleję stalą zawsze. Po co jest ta tuleja? Wraz z płytką odcinającą ładunek uszczelniają karabin w czasie strzału. Ciśnienie gazów prochowych powoduje cofnięcie tulei z jednej strony a z drugiej dociśnięcie płytki.
Na zdjęciu widać dość ciekawy kształt płyty. To jest otwór ze stożkiem wewnętrznym, dzięki czemu może ta płyta być dociskana. Oba elementy muszą być szczelne, ale ruchome. To znaczy muszą dać się poruszyć palcami, bo inaczej będą przedmuchy w czasie strzelania. Uzyskanie i utrzymanie tej szczelności jest przedmiotem mówiąc górnolotnie „tuningu" replik - a mniej górnolotnie chodzi tu po prostu o poprawianie niedokładności wykonania. Widoczną część tulei trzeba wypolerować. Problem polega na tym, że nie da się niestety jej wymontować z broni. Wymagałoby to odkręcenia lufy, a to zawsze stwarza zagrożenie, że coś się uszkodzi. Lepiej, więc ograniczyć się do widocznej części tulei, trudno. Trzeba też nieco spiłować pierścień na płytce gilotyny, bo najczęściej jest zbyt ciasno spasowany. Ma być na tyle luźny, żeby móc go zdemontować palcami. Przy zakupie broni proponuje sprawdzić jak się ustawia zamek i zmierzyć odległość płytki gilotyny od krawędzi po zamknięciu zamka. Jest to widoczne na zdjęciu. Następnie należy wyjąć zamek i zdjąć płytkę. Potem ją położyć na komorze nabojowej i sprawdzić czy jest na środku - może być przesunięta w pionie. Jeśli nie będzie na środku - płyta będzie szybciej wypalana i może się klinować, co spowoduje spadek szczelności. Naprawienie tego wymaga dorobienia jednej z dźwigni w zamku o innej niż oryginalnie długości. To poważna wada, więc lepiej to sprawdzić w czasie zakupu. Sharps to jest chyba jedyna broń na amunicje nie zespoloną, która jest szczelna. Nawet po 50 strzałach nie ma przedmuchu, oczywiście po dokonaniu opisanych wyżej poprawek. Żaden z karabinów, które miałem w ręku nie był przygotowany do strzelania przez firmę go produkującą. Trzeba to po prostu zrobić we własnym zakresie. Jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami karabinu. Płytka i tuleja działają bez zarzutu. Czas żeby strzelić, choć raz. Zanim do tego dojdzie, wykręcamy kominek, który musi mieć kanał o średnicy 1,5 mm, a wylot powinien być stożkowy o średnicy 3 mm. Firmy dają zwykle kominki od broni, w której komora prochowa jest tuż za kominkiem i jest on zbyt „ciasny". Zęby uzyskać pewny zapłon, znowu musimy to zrobić sami. Niby drobiazg, ale warto poprawić. Jaki powinien być nabój? Na pewno nie w metalowej tulei. Część sprzedawców będzie namawiała do zakupu tulejek mosiężnych. Sypie się do nich proch, wciska pocisk i nabój gotowy. Wkłada się i strzela. Tuleja jest grubościenna, więc nie zmienia kształtu - można jej używać w nieskończoność (lub prawie). Nie polecam tych tulei, nikt ich nie poleca, kto używa Sharpsa. To rozwiązanie ma same wady. Nie dajmy się przekonać, że broń będzie szczelna. Ona ma być szczelna bez żadnych dodatkowych tulejek. Jeśli już jednak się na nie zdecydujemy, trzeba wokół kominka wewnętrznego włożyć pierścień mosiężny, żeby tuleja się nie cofnęła w czasie strzału. Moim zdaniem mimo pierścienia może się cofnąć, a wtedy nie będzie można otworzyć zamka. Wtedy można próbować wyciągnąć tulejkę z zamka przez jakiś przyrząd przez lufę, Ale jeśli się to nie uda, pozostaje odkręcanie lufy. To zaś grozi po prostu zniszczeniem broni. Drugi problem z tulejką to " 'pewny zapłon. Najlepiej podsypać prochem po załadowaniu. Ale to przecież miała być broń odtylcowa.... Po kilku strzałach nie ma jak tego wyjąć. To nie jest łuska z kryzą i Sharps nie ma wyrzutnika. Można sobie radzić szydełkiem lub wybijać tulejkę przez lufę od przodu. Tylko po co wtedy to ładowanie od tyłu skoro i tak trzeba coś robić od przodu? Zdecydowanie odradzam stosowanie tego „wynalazku". To zdanie potwierdzają strzelcy z Niemiec i Czech. Także na zawodach sportowych MLAIC naboje w tego typu tulejkach nie są dopuszczone do strzelania. Najlepiej zapomnieć o tym i zająć się nabojem papierowym. Żeby zrobić dobry nabój, trzeba znać wymiary komory nabojowej. Średnicę można zmierzyć suwmiarką. Średnica ta jest większa niż kaliber. Ale jaka jest długość komory? Pocisk powinien być wciśnięty w gwint w czasie ładowania. Jak to osiągnąć? Trzeba zdjąć kształt komory. Ja wziąłem najpierw papier, wcisnąłem do lufy kilka centymetrów przed komorą i lekko nasmarowałem komorę oliwką. Następnie wlałem roztopioną parafinę do komory.
Po mniej więcej pół godzinie odciąłem nadmiar gilotyną i wypchnąłem wyciorem parafinowy korek. W ten sposób otrzymałem dokładny odlew komory. Widać go na zdjęciu. Nabój musi mieć taką długość, żeby po wciśnięciu do komory nie wystawał na zewnątrz ani nie był zagłębiony. Jednocześnie pocisk powinien być wciśnięty w gwint. Sądzę, że zdjęcie dokładnie pokazuje, o co chodzi. Nie będziemy odcinać naboju. Wiem, że to jest zaskakujące. Gilotyna jest przecież po to, żeby ciąć. Tak być może, ale nie musi. Po odcięciu tracimy nieco prochu. Drobiazg, że to strata. Nawet nie o to chodzi, że rozsypany proch trzeba strzasnąć z broni, bo po strzale to się zapali i da nam w twarz. Problem w tym, że nigdy nie wiadomo, ile się wysypie. Jak wtedy mówić o celności skoro nie wiadomo ile jest prochu załadowane? Proponuję inny sposób. Zwijamy tuleje papierowa.
Trzeba mieć tyle papieru, żeby starczyło na dwukrotne owinięcie. Dla kalibru.54 potrzeba pasek papieru o długości ok. 90 mm. Szerokość papieru jest równa długości komory nabojowej plus 2 mm. Zwija się papier na wałku odpowiednim do wielkości naboju. Następnie przesuwamy o 2 mm i zaginamy krawędź. Z kawałka bibułki (serwetki stołowe nadają się doskonale) wycinamy kwadracik i tym zaklejamy wylot papierowej rurki. Iskra z kapiszona przepali serwetkę - dzięki temu nie musimy nic odcinać i zawsze wiadomo ile jest prochu, bo nic się nie wysypuje. Oczywiście wymaga to rzetelności i dokładności w czasie robienia amunicji. Do wnętrza rurki należy wsypać od 3 do 3,5 grama prochu. Następnie dać krążek z papieru. Resztę wypełnić kaszą manną lub filcem tak, żeby po wciśnięciu naboju uzyskać pożądaną, zmierzoną na odlewie długość naboju. Jeśli zadba się o właściwą średnicę rurki papierowej, to nie trzeba niczego kleić ani wiązać. Tak zrobiony nabój jest powtarzalny. Same pociski mogą być dość rozmaite. Począwszy od Maxi Bali przez REAL i Minie. Ja używam pocisków opracowanych przez Wojtka do karabinu Lorentz. Okazuje się, że znakomicie się spisują. I tak po wielu trudach dotarliśmy na strzelnicę. Przy odrobinie wprawy będzie można trafiać tam gdzie się chce. Co więcej, nawet na bardzo znacznych dystansach. Oczywiście warto zmienić też celownik. To, co dostarcza Armi Sport woła o pomstę do nieba. Lepiej jest w przypadku Pederso-li i IAB, ale też nie jest to szczyt szczęścia. Proponuje założenie dioptera, mylnie nazywanego przeziemikiem. Diopter z maleńkim otworem zwiększa głębię ostrości, co pozwala widzieć wyraźnie cel i muszkę jednocześnie. Przeziemik natomiast to jest dość prymitywny pierścień mający na celu szybsze uchwycenie celu dość często stosowany w broni maszynowej. Przyda się też przyrząd do wyciągania tulei. Można go kupić, można zrobić.
Na zdjęciu pokazany jest własnej roboty, a raczej roboty mojego kolegi. Spełnia swoją rolę, można co kilkanaście strzałów poruszyć tuleją. Przydaje się jeszcze ustnik do fajki. Czasem resztki papieru zostają w lufie i trzeba je wydmuchnąć. Dawni strzelcy używali fajki, ja nie palę, ale mogę mieć kawałek rurki. Nie polecam papieru nitrowanego, który bardzo brudzi i spalając się pozostawia w lufie osad. Ja używam zwykły papier do drukarek, Wojtek stosuje papier pakowy. Ale żaden z nich nie jest nitrowany. Tak przygotowany karabin da wiele zadowolenia posiadaczowi. Z tego, co widziałem wszystkie dostępne u nas karabiny są w zasadzie równorzędne. Różnice opisałem wcześniej. W czasie strzelania zawsze pamiętam, że Sharps to ta prawdziwa legenda Dzikiego Zachodu, usunięta w cień przez legendy hollywoodzkie. Mam nadzieję ze fani Sharpsa przywrócą jego dawną świetność. Oczyma duszy widzę zawody w strzelaniu do sylwetek na dystansach 1600 jardów. Takie zawody są rozgrywane za oceanem, ale u nas trudno znaleźć strzelnicę o odpowiednich wymiarach. Marek Pokulniewicz styczeń 2005 KONSULTACJA TECHNICZNA: WOJCIECH JASIOK |




